Wednesday, May 13, 2009

Losowo v.3

Aby zbalansować co nieco to co opisałem post wcześniej chciałem nieco powspominać i dodać więcej entuzjazmu, bo dostrzegam, że macie mnie już za smutasa ;) Otóż, znajomi mają swoje wady owszem, dlatego kwalifikacja ich do miana przyjaciół odpada, może dlatego, że przyjacielem jest ktoś kryształowy, ale o tym chciałem na końcu. Znajomi przez te wiele lat zaopatrzyli mnie w wiele ciekawym doświadczeń oraz wrażeń, które zawsze będę ciepło wspominał. Pamiętam pierwsze imprezy u B., młodzi ludzie głodni wrażeń oczekiwali kiedy rodzice wyjadą. A wtedy lało się osiem flaszek. Pamiętam dziesięć minut poźniej wyprawę do kłodawskiego sklepu i rozmowę G. z człowiekiem, który miał nam pomóc zaopatrzyć się w kolejne porcje C2H5OH. Michał rozpoczyna wywodem, iż zwykle nie jest człowiekiem, który doprowadza się do takiego stanu, że stara się zachować elementy człowieczeństwa, że nie chce się zeszmacić, że nie chce się upodabniać do żula itp. Cały ten jego wywód przepełniony emocjami i ubrany w kwieciste słowa wywołał jeden efekt: "Dobra, kupie wam te flaszki. Nie wiem panowie co wy bierzecie, ale to musi być dobre...". To były klasyki... B. usiłujący utrzymać równy tor jazdy, jego biedna siostra, która pod presją brata zmuszona była do sprzątania całego domu. Pamiętam też sławne lądowania z telemarkiem w kuble, jego dokładne wymiary oraz zawartość ;) Pamiętam jeszcze wcześniej jak z Kewem kupiliśmy nasze pierwsze piwo w Kamilce na ryneczku manhattańskim. Złoty Denar! A później paliliśmy skręty z papieru toaletowego i trawy, debile. Pamiętam każdy sylwester oraz pobyt w Lubniewicach. Ówczesne dziwne pomysły i słowa wypowiedziane do Mariana:" Stary, jesteś moim bratem, ze mną się nie napijesz, razem na dobre i na złe", później już słabo pamiętam... jedną dobrą pozycję na tarasie, oparci o barierkę, razem, jak bracia... bełtaliśmy w rytmie techno. No dobrze, ale przecież nie tylko alkohol był podstawą naszych spotkań. Nie pamiętacie kuligu? Zabawa jak dla dzieci, ale przecież czasami trzeba odbierać świat trochę jak dziecko. Pamiętam jak wtedy Natalia dostała twarzowego śnieżka! A jak wyglądała historia z altaną? I magiczna wyprawa do netto oraz manufakturowa produkcja kanapek z marmoladą za ostatnie drobne, mi te kanapki smakowały jak nigdy w życiu (być może też z innego powodu). Kto pamięta Ustkę, oraz ustawianą przeze mnie sesję zdjęciową Marianowi i Sławkowi. To miały być zdjęcia prezentujące taki dziecinny zaciesz życiem! Bober, pamiętasz jak śmigaliśmy w Mayerhofen kiedy wszyscy poszli jeździć na Penken, a my zostaliśmy na Ahornie z butelką rumu. To chyba były moje najlepsze skręty, poza tym to właśnie tam zdołałem urwać wiązanie przy zjeździe. W moim życiu jest także wiele radosnych chwil, przecież nie wszystko zawsze trzeba nad wszystkim się zastanawiać. Dużo chwil można łapać na zasadzie tego co w danej chwili czujesz, to taka forma intuicjonalizmu.
Łap z życia chwile piękne, świat składa się z małych przyjemności, które składają się na ogólnie pojmowanie szczęście, to chyba epikureizm. Jeżeli chodzi o mnie, to postawę hedonistyczną uważam najcenniejszą w życiu. Najważniejsze są chwile, wcale nie muszą być to chwile wielkie, byle żeby były to chwile radosne, mnie naprawdę cieszy np. zwykły spacer po parku.

Dziś pisałem maturkę z matmy. Jak się okazało, przyszły mnie odwiedzić i potrzymać mi towarzystwa dwie osoby. Przecież mogły siedzieć w domu i się uczyć samemu?! Jak widać coś w tym jest, dlatego ceni się ludzi, którzy często potrafią tak sami z siebie, z serca przyjść pogadać. Liczy się takie bezinteresowne zaangażowanie w znajomość, to że ktoś z sympatii dotrzyma ci towarzystwa. To chyba jest to!


Tuesday, May 12, 2009

Losowo v.2

(...) Moje bycie zamkniętym to rzecz dziwna. Wielu mnie postrzega raczej za extrowertyka. A raczej wygląda w ten sposób, że towarzystwo, którym się obracam powoduje ze tak moze sie wydawać. Jak juz wcześniej powiedziałem, z kolegami to jest tak, kiedy jestesmy w grupie to rozentuzjazmowane towarzystwo szuka różnych elementów do pewnego ubarwienia sytuacji i sprawienia zeby było fajniej ;0 To fajniej osiaga sie w rózny sposób... Siedzisz przy stoliku i opowiadasz jakalis historie... musisz uważać, żeby sie nie przejęzyczyć, nie mówić dwuznacznych rzeczy, nie używać zbyt trudnych słów, nie być zbyt wyniosłym ani romantycznym itp. Wszystkie te elementy są dobrymi punktami zaczepienia, żeby ci kolokwialnie mówiąc "dosrać", przez co pokazać swoją wyższość i wyróżnić się z towarzystwa- popisać, własnie wtedy jest fajniej. Znam wielu takich ludzi, którzy nigdy nic konstruktywnego nie wnosza do rozmów, tylko czekają na moment, az sie ktos pomyli... Wiec teraz, jeżeli przebywasz z ludzmi, ktorzy tylko czekaja na ten moment aby ci cos wynaleźć jak mowisz, po pierwsze, musisz być śmiały i zgrywać dobrego twardziela, umieć ripostować i to w odpowiednio cięty sposób albo mieć szereg argumentów w garści na poparcie swojej tezy. ALBO, z podkreśleniem, musisz byc konformistą, czyli po prostu lizać komuś dupę na lewo i prawo. Ponieważ, ja nie jestem specem od tego pierwszego, to muszę robić to drugie, a jednak często źle się z tym czuje, bo przeciez nie jestem sobą. Tak to mniej więcej wygląda w grupie, sam na sam można znacznie wiecej... to też jest pewnym wytłumaczeniem tego, dlaczego nie traktuje kumpli jak przyjaciół. Właśnie dlatego, ze nie są sobą kiedy być powinni, nie warto jest wyzbywać sie własnych wartości. Teraz pewnie wiekszość sie dziwi czemu tak pisze, a sam taki nie jestem? Proste, jezeli ja bede inny, a wiekszosc pozostanie jaka jest, to ja zostanę odrzucony, tłumacząc się, dostane od 10 osób szereg ripost albo po prostu nie chcąc gadać zaczną wzdychać i machną na mnie ręką. Następni zapytają w takim razie, dlaczego wybrałem sobie takie towarzystwo? Po pierwsze, nie jest to kwestia wyboru jak towaru w supermarkecie. Towarzystwo kształtuje sie od wielu lat, przeciez nie powiem kumplowi, ktorego znam 10 lat, ze juz się nie kolegujemy... nie jest to ani normalne zeby o tym mowic ani nie jest takie latwe. On zna przeciez innych moich znajomych, a ci znajomi innych znajomych... czyli wypada zerwac z cała ekipką. Po drugie, mam pewien swój styl życia, który wybrałem celowo. Jak powiedział jeden z moich znajomych, warto się uczyć, kształcić, ale nie można sie zatracić i zapomnieć o pięknie otaczającego świata ;) Dlatego chwytaj dzień, baw się i ciesz, a kiedy trzeba to pracuj. Zwykle z podkreśleniem na to pierwsze... ta "tyralnia" - szkoła sprawiła, że przestałem naprawdę się troszczyć o ocenki, przestałem być systematyczny, zacząłem patrzeć na świat inaczej. Kurwa, przecież nie byłem na grzybach od 3 lat! To właśnie daje mi takie a nie inne towarzystwo... Jestem zatem w głębi duszy inny niż na zewnątrz to widać, poza tym zawsze chyba byłem i pozostanę buntownikiem...c.d.n.

Monday, May 11, 2009

Losowo v.1

Mój blog jest dla mnie jak czuła kobieta. Otóż, jestem sam, byłem sam i prawdopodobnie będe sam. Mimo tego co napisałem w poprzednim poście to moja swoista introwertyczna osobowość nie pozwala mi na cokolwiek. Może to się wydawać trochę bardziej skomplikowane niż wygląda, ale jestem człowiekiem, który stara się trzymać emocje w sobie i zwykle nie ujawniać właściwej osobowości, to że mówie czasami, że mam "wyjebane" albo ze sie nie stresuje, jest właśnie odwrotnością tego co naprawdę czuje w danej chwili. Działam tak z dwóch powodów, albo nie chce po sobie poznać innym, że coś głęboko przeżywam albo staram się podbudowywać siebie samego. Taki już właśnie jestem, czasami fałszywy czasami konformistyczny, mówię ludziom to co chcą usłyszeć... Inaczej jest ze znajomymi, albo innymi słowy przyjaciółmi (nie ludzie nadużywać tego słowa, bo jest dla mnie równie abstrakcyjne jak miłość, raz człowiek jest przyjacielem innego dnia cie skrzywdzi, bądz raz para jest razem i mówia o miłości, mija pół roku i się nie nawidzą...), im zwykle mówię co chce, jednak nie ma ludzi czarnych i białych, nie ma także idealnych ludzi, którym mógłbym zaufać i powiedzieć wszystko. Cóż, ich reakcja jest zwykle uzależniona od towarzystwa w którym się znajdują i od ich zdolności do bycia poważnym. Reakcje mogą być różne, od nazwania cię infantylnym romantykiem po poważną chęć pomocy. Więć, czymże jest przyjaźń? Myslałem, że od dziewięciu lat się przyjaźnie, on jednak poświęca mi średnio około 3 minuty tygodniowo... bo dziewczyna (przy poprzedniej tez byl ten sam argument), ale nie o to chodzi, nie mam zamiaru nikomu podstawiać nogi. Widze jak jest, przyjmuje to z bólem, trudno, taka jest kolej rzeczy... A przecież przyjaciel to ktoś jak dla dziewczyny chłopak i dla chłopaka dziewczyna... w kwestii oczywiście uczucia leżącego w psychice człowieka, przywiązaniu itp. (nie fizyczności!) Twój przyjaciel to ktoś kto cie zawsze potraktuje poważnie, jak będzie potrzeba...A ponieważ nie znalazłem jeszcze nikogo takiego wiec niewidzę także oparcia w znajomych. Sprawa podobnie wygląda w odniesieniu do rodziny, jest to zbyt poważna grupa, w której musisz stosować się do pewnych z góry ustalonych reguł panujących w domu, ponadto konflikt pokoleniowy, inne prorytety i brak zrozumienia nie pozwalają ci na zawiązanie poważnych rozmów, które często tyczą się twoich intymnych, prywatnych problemów... Łatwo zauważyć ze obie te "grupy społeczne" maja przeciwstawne cechy. Trzeba znaleźć złoty środek: coś między nimi, coś co zapewni ci trochę cech z jednej, a trochę z drugiej grupy. Tu jest własnie potrzebna druga połówka, ktoś kto zawsze na luzie, bez zasad, ale poważnie, a także nie poważnie, kiedy chcesz, z tobą porozmawia... Trudne, bo trzeba przejsc przez cały szereg konwenansów i idiotycznych form... nie można być bezpośrednim, ale trzeba wiedzieć co się chce i umieć to dyskretnie okazać. Ale ja przecież jestem zamknięty w sobie, dusze uczucia poprzez tą ciągłą niepewność i brak zaufania do kogokolwiek, poprzez obawę o niezrozumienie... Stwierdziłem ze najlepsza forma przekazu samego siebie jest to co tu pisze... Poza tym daje mi to wielką ulgę, łatwiej jest przecież zebrać myśli w jedną całość tu, niż wyrazić to werbalnie... c.d.n

Saturday, May 09, 2009

Filozofia Deizmu/ krytyka kościoła jako formy.

Zauważyłem, że coraz więcej ludzi z którymi mam styczność wyrażają sceptycyzm w kontekście kwestii religijnych. Może to zabrzmi nieprzyjemnie dla niektórych, ale są to osoby inteligentne. Mam na myśli i stawiam tezę, że osoby inteligentne, które potrafią myśleć samemu, które nie boją się wątpić i rozważać wszystkich kwestii, podawanych z góry, uznawanych powszechnie za aksjomatyczne, odrzucają prawdy głoszone przez kościół. Nie chciałbym oczywiście skrzywdzić osób, które jednak przyjmują pewne dogmaty kościoła. Każdy ma oczywiście prawo uznawać prawdy, które mu odpowiadają, ale jednocześnie każdy powinien umieć logicznie uzasadnić swoje przyjęte stanowisko. To właśnie jest cecha człowieka inteligentnego, że potrafi rozumowo wytłumaczyć dlaczego pewne poglądy są im przychylne, a inne nie. Analogicznym jest, że ja, jako deista, potrafię (mam taką nadzieję) w miarę elokwentnie przedstawić swoje poglądy. Chciałbym jednak zacząć od pewnego sprostowania, możecie mnie źle zrozumieć, dlatego chciałem podkreślić, że kwesta samego boga jako istoty metafizycznej leży w zakresie deizmu i podkreślam, deizm nie odrzuca boga! Deizm pozostawia boga jako pewne działanie ponadrozumowe, które stworzyło świat i pozostawiło go ludziom w celu dalszego nim gospodarowania. W deizmie raczej krytykujemy formę, która towarzyszy, otacza całokształt wiary w boga. Po pierwsze zastanawia mnie sama forma kościoła i pewne prawa, które zostały przez niego ustalone. Obalając je według kościoła jestem grzesznikiem, czego konsekwencją jest niemożność uzyskania życia po życiu. Kryterium uzyskania tej swoistej promocji nie zostało wymyślone, a powinno, przez "boga" czy jakieś nadziemskie siły, które wszak tam są, tylko przez człowieka, który jest istotą omylną. Zatem sens zostaje utracony w chwili gdy człowiek ustala sobie pewne prawa kwalifikujące do niebiańskiej przynależności. Po co więc podążać za czyimiś postulatami skoro można wyznaczyć sobie własne, które będą nam bardziej odpowiadać i będą łatwiejsze i bardziej spójne logicznie. Cóż, uważam że, trudno jest się komukolwiek sprzeczać w kwestiach etycznych, które prezentuje kościół... przecież najbardziej niepodważalną zasadą jest: "Żyć w taki sposób, aby swoim postępowaniem nie krzywdzić innych", nikt nie chce być krzywdzony i dlatego nikt krzywdził nie będzie. Jednak nie w tym rzecz, nie chodzi tu o etykę prezentowaną przez kościół, to kwestia bardzo pożyteczna. Zastawia mnie jednak dlaczego na tym nie "spocząć"? Dlaczego po prostu nie wiedzieć o tym i nie stosować i nie pozostawić tego na porządku dziennym. Czy trzeba się w jakiś sposób z tym afiszować? Dlaczego mam ciągle chodzić do kościoła i dlaczego mam wciąż pokazywać, że się stosuje... skoro widać to po mojej postawie w stosunku do ludzi? Na te pytania odpowiedzieć sobie nie potrafię, jednak ciągle szukam odpowiedzi, a raczej zrozumienia, bo nie zamierzam zmieniać porządku świata, niech tylko ktoś to wytłumaczy... Teraz wracają do zasad kościoła, brnąc już w te najbardziej dla mnie nie zrozumiałe. Interesują mnie postulaty, które nie dotyczą wartości etycznych, są nimi np. "Pamiętaj abyś dzień święty święcił" oraz niemal wszystkie "przykazania kościelne", brakuje w nich jakiejkolwiek logiki, głoszą one jakby jakieś ustalenia, które nie mają podbudowy. Wiec dlaczego niby mam pościć tego, a nie innego dnia?! Ostatecznie dlaczego ich nie spełniając również popełniam grzech i nie zasługuje na to wymarzone życie wieczne?! A więc, krótko podsumowując moje rozważania, problemem wiary w boga jest kościół, czyli jakby nie sama treść tylko forma w jaką zostaje ona ubrana. Nie trudno więc o śmiałe stwierdzenie, że kościół to mafia albo jakaś sekta, która wykorzystując "wiarę ludzi w pozaziemskość", zbudowała na tym fundamenty i teraz prowadzi biznes: zbiera podatki w postaci jałmużny oraz ma władzę polityczną w postaci, autorytetu, jest niby pośrednikiem między bogiem a ziemią. To tyle...

Chciałbym jeszcze poruszyć dwie kwestie trochę tłumaczące niektóre fakty wyżej wymienione, wprowadzając małe FAQ.
- Dlaczego religia jest tak dobrze rozwinięta w Polsce? Po pierwsze, mamy, jak już wspomniałem niesamowicie niewykształcone społeczeństwo, inteligencja stanowi najmniejszą grupę, po drugie, aspekty historyczne, jak przemiany ustrojowe w PRL i niezgoda ówczesnej władzy na związki zjednoczeniowe, postawiły kościół jako jedyną grupę, która była do tego zdolna. Warto zauważyć, że jesteśmy trzecim krajem o największej liczbie wierzących i stanowimy, jedyny taki punkt w Europie?! Hmmm... czyżby inne kraje nie chciały pójść do nieba? http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/0/03/Atheists_Agnostics_Zuckerman_pl.svg Najbardziej niewierzące są kraje najbardziej rozwinięte, dlaczego?!
- Jaka jest pzyszłość kościoła? Moim zdaniem, niedługo to wszystko upadnie... po pierwsze kościół nie radzi sobie z wynalazkami i odkryciami, które często podważają jego ustalenia. Po drugie, kraje najbardziej rozwijające się mają stosunkowo dużo ludzi inteligetnych, którzy są w stanie podważyć jego założenia i samemu walczyć z formą. Po trzecie chciałbym zauważyć, że okresowe sinusoidalna zmiana epok z materialnych na duchowe ciągle maleje z przewagą w stronę materialnych... W tych ostatnich epokach światopogląd diametralnie zmienił się z duchowych na emocjonalne (np. Młoda Polska, Romantyzm...)